Koncert

·pl

Siada obok mnie kiedy orkiestra się rozgrzewa, ekipa sprawdza światła, efekty specjalne. Właśnie puścili trochę dymu. Wszystko musiało być w porządku, bo więcej go nie puścili.

Koncert nie zdążył się rozpocząć, a ona sięga po komórkę i zaczyna nagrywać. Daję jej dwie minuty, po czym chrząkam dla zwrócenia uwagi, uśmiecham się z zażenowania i proszę, żeby przestała.

Nie mówię jej, żeby była drzewem. Nie tłumaczę, żeby zapuściła korzenie, pewnie postawiła nogi i zaczęła czuć nimi wibracje podłogi, kiedy basy zaczną kruszyć ziemię. Powinna też, nie mówię, oddychać, i wdychać z powietrzem: woń obić, oleiste drewno, cierpki pot mój, jej, koleżanki z lewej, swoje perfumy (bergamotka, róża i oud), powiew dymu ze sceny. Musi też otworzyć oczy i chłonąć światło i cień, niech widzi pot basisty, niech zauważy, jak wiolonczelistka mruga do dyrygenta, w końcu niech zobaczy, jak osobisty jest ten fiolet odbijający się we włosach solisty.

Nie mówię wreszcie, że jeśli chce to pamiętać, to będę służył całe życie, będę słuchał za każdym razem, kiedy mi opowie, wypuści żywicę wspomnień, sam też odpowiem, gdzie płakałem, że tamta mi się bardzo podobała, a tamtemu zazdrościłem, i że doświadczyłem z nimi wszystkimi raz tego, co się już nie powtórzy.

I że, w końcu, jeśli chce, będę słuchał i odpowiadał aż zamkniemy to wspomnienie w bursztyn.